o wszystko prawda. Ale to, co chyba najbardziej odmieniło polską gospodarkę, było otwarcie na świat. W roku 1990, kiedy już zniknęły sztuczne zapory dla transgranicznego handlu, całkowita wartość polskiego eksportu wynosiła 14 miliardów dolarów. W roku 2003, przed akcesją do Unii, były to 54 miliardy dolarów. Dziś są to, według uwzględniającego eksport towarów i usług bilansu płatniczego, 244 miliardy dolarów. Wzrost ten uczynił z Polski 24. największego eksportera świata, tuż za Rosją i Brazylią, przed Australią i Turcją. Realnie, czyli pomijając efekt wzrostu cen, polski eksport rósł w ciągu minionych 27 lat w średniorocznym tempie około 10 proc. Dziś to wydaje się oczywiste. Ponad ćwierć wieku temu było to niemożliwe do wyobrażenia – wtedy panowało przekonanie, że Polska nie ma prawie nic do zaoferowania światu, otwarcie granic prowadzi do katastrofalnego zalewu importem (w rzeczywistości od kilku lat mamy nadwyżkę), a utrzymujące się przez dekady dwucyfrowe tempo wzrostu eksportu jest możliwe w Azji, ale na pewno nie we wschodniej Europie.

Kiedy jednak niemożliwe stało się możliwym, przyszedł czas na głębszą refleksję. Ogromną część wzrostu eksportu osiągnęliśmy dzięki aktywności międzynarodowych koncernów, budujących w Polsce swoje fabryki po to, by dostarczać produkty na cały europejski rynek. Przygniatająca część tej sprzedaży odbywa się pod markami, które nie mają żadnego powodu kojarzyć się z Polską. Konsument jest przekonany, że kupuje produkt niemiecki, włoski, amerykański czy francuski – bo z tych krajów pochodzą firmy, których logo widzi na etykiecie. Dokonaliśmy gigantycznego skoku zajmując naszymi produktami wiele miejsca na półkach europejskich sklepów. Ale nie wspięliśmy się na szczyt łańcucha wartości, gdzie sprzedaje się produkty pod własną, cenioną przez konsumentów marką. I pobiera się za to sowitą marżę, dzięki czemu można wypłacać wysokie pensje pracownikom. Innymi słowy, znaleźliśmy się w pułapce średniego rozwoju, z której musimy się teraz wyrwać.

Droga wyjścia z tej pułapki jest tylko jedna. Jest nią rozwój własnych, ekspansywnych firm, bezpośrednio docierających ze swą ofertą do konsumentów na całym świecie, cierpliwie budujących siłę swoich marek, intensywnie poszukujących innowacji po to, by móc skutecznie konkurować z obecnymi na rynku od lat gigantami. To wymaga od naszych przedsiębiorców przede wszystkim jednego – ambicji, która nie pozwala zadowalać się rolą poddostawcy, każe walczyć o zdobycie rynkowej rozpoznawalności i uznania, zmusza do podejmowania trudnego i ryzykownego pojedynku z gigantami.

Taka ambicja była motorem, który umożliwił 140 lat temu globalny awans Niemiec, 60 lat temu Japonii, 30 lat temu Korei. Przykłady takiej ambicji możemy znaleźć również w historii rozwoju wielu polskich firm. Aby jednak nasz kraj osiągnął prawdziwy sukces taka ambicja musi stać się w Polsce powszechna.